Raz posialem jare u siebie. Najpierw oprysk przepuścił mi jakieś gówno w stylu stoklosy, które za późno zobaczyłem (czy raczej było czysto i w późnej fazie zboża wylazło i zdążyło je przerosnąć) i już nie było czym tego zwalczyć. Potem przyjechał mi kosić wujas - pierdolnelo mu cos w kombajnie po małym kawałku i musiał zjechać. Zanim kogoś innego znalazłem, kto by miał czas, minęło kilka dni. Przyjechał sąsiad. Nie miałem czasu pilnować kombajnu wtedy. Namlocil mała kupkę na przyczepie. Reszte rozsial na polu. Kazałem mu zjechać. To co zostało, to doj**alo deszczem i pozamiatane - już nie było jak i w co wjechać.
Także z 3ha pszenżyta może ze dwie tony mi nakosili. Reszta została na polu.
To był rok, w którym objezdzilem 13osob za kombajnem i każdy odmawiał, bo a to u siebie jeszcze ma, a to ma słaba oponę, a to ma awarie, a to już nie jeździ na usługi (wszyscy raczej znajomi tacy, że nie odmówili bo mnie nie lubia). Resztę zboża uratował mi znajomy obszarnik, u którego jakaś firma robiła usługę koszenia i zluzował jeden kombajn i do mnie podesłał.
Po tym roku kupiłem swój kombajn, a pszenżyta więcej nie siałem. Choć te "przygody" to nie jego wina oczywiscie, ale jakoś tak się zraziłem i teraz jakbym posiał, to cały sezon bym się stresował, że znowu coś nie wypalił.
Ale generalnie, kończąc te przydluga i nudna historię, zboże nie wyglądało tragicznie, nawet powiedziałbym, że było przyzwoite. Co do dojrzewania to też - siałem koniec marca i na spokojnie na równi z owsem było do młócenia. Odmiany nie pamiętam - bodajże Sopot (choć widzę, że podany termin ma srendio-pozny).