Dziś odpalalismy zetorka. Wszystko popodlaczane, wszystko zalane. Palimy - stał od listopada i od strzała zapalił. Biegi wchodza troszkę ciężko, ale bez żadnego zgrzytu - super. Wyjeżdżam z garażu - ciągnik z górki, wciskam sprzęgło - ciągnik stoi, tak jakby coś trzymalo na skrzyni. Reduktora nie mogę wybić. Wybijam bieg i ciągnik leciutko sobie zjeżdża. Mechanik reguluje hamulec skrzyni - bez rezultatu. Z kabiny słyszę jakby coś rzezilo z przodu. Chodzę w koło ciągnika - ewidentnie z okolicy sprzęgła/skrzyni pośredniej. Wsiadam do ciągnika - hydraulika nie działa - wałek nie chodzi, ramiona się nie podnoszą, po podaniu ciśnienia na wyjścia hydrauliczne nie słychać pompy. Po wyłączeniu walka wajcha pod siedzeniem - rzężenie ustaje, po włączeniu - pojawia się znowu.
W ciągnik wpierdolone ponad 7k na same części + zaliczka dla mechanika. Nowa część trybów, wałków, wałek zamiast żółwia, nowa mikropompka, nowe tarczą sprzęgłową, łożysko wyciskowe, wszystkie łożyska markowe, wszystkie uszczelnienia, łożysko na którym opiera się wałek sprzęgłowy, pokrywa od strony silnika itd itd. Między tylnim mostem a silnikiem wymienione dosłownie wszystko co nosiło jakiekolwiek oznaki zużycia, lub co można było profilaktycznie wymienic. Na nic nie zalowane pieniedzy, wszystko robione powoli ze "starym" mechanikiem. Autentycznie nie mam już sił (psychicznych) rozbierać to od nowa i dochodzić co jest spierdolone.