Wozy strażackie muszą być nowe i sprawne, tak samo jak sprzęt. Wszystko się zużywa w błyskawicznym tempie, bo po odpaleniu auto od razu dostaje w palnik, aby jak najszybciej dojechac na miejsce. Dlatego wymiana tak realnie w większych jednostkach powinna być co 3, max 5 lat, ten sprzęt może być przesuwany do jednostek mniej newralgicznych na następne 3-5 lat. W zakupie taki wóz to nie ciągnik siodłowy dla floty transportowej, taka jednostkowa, specjalizowana zabudowa kosztuje, wraz z jednostkową certyfikacją. Tak samo certyfikowane jest całe wyposażenie w strażnicy. To już się robią konkretne pieniądze. A ten sprzęt ma ratować ludzi, także poszkodowanych w wypadkach. Strażacy są ciągle doskonaleni z technik ratownictwa, szkoda, że tylko jednostki KSRG, a nie OSP, bo na zapadłych wioskach często taka wiedza też by się przydała, zanim przyjedzie "profesjonalna" ekipa. Niestety, myślenie jest bardzo krótkowzroczne - nie będziemy szkolić, bo jeszcze zechcą do KSRG i będą nam podbierac zlecenia. Tymczasem OSP to doskonała kadra na wypadek kataklizmu czy nie daj Boże wojny. A zrobili z nich strażników na WIelkanoc i asystę do pogrzebów. Jeszcze 30 lat temu wiele OSP bez problemu jeździło do jakichś drobnych pożarów, dziś nikt by nawet d... nie ruszył, bo "nie wolno bez certyfikatów" - tylko nikt tych szkoleń na ten mityczny "certyfikat" nie robi. I goni się ekipę z powiatu do pożaru na miedzy albo wyciągnięcia krowy z bagienka na łące.