Pan generał moim zdaniem powiedział cierpką prawdę. Pokó w Europie nie jest dobrem danym raz na zawsze, a pokolenia 1980+ staną przed zadaniem walki z bronią w ręku prędzej czy później, młodsze też. I nie jest to moim zdaniem "zagalopowaniem się" tylko stopniowym oswajaniem społeczeństwa z realną groźbą.
A to, czy społeczeństwo wierzy w to, co mówią generałowie, to inna bajka, skoro przez lata wmawiali mu politycy, że armia nie jest potrzebna, że obroni nas mityczne "NATO" i inne bzdury. A tu okazuje się, że nasza armia jest jedną z najsilniejszych w NATO, chociaż z niewielkim potencjałem rozwinięcia w razie działań, bo głupie i populistyczne decysje polityków pozbawiły ją rezerw, w każdym razie - przeszkolonych rezerw, które można by zmobilizować i po przeszkoleniu rzucić do walki. To, co mamy, to mało udane próby łatania dziur. Ja wiem, że jak przyjdzie do konfliktu, to polak szabla w dłoń i na byle chabecie ruszy do boju. I powiem optymistycznie, że po pierwszych kilku miesiącach konfliktu z Rosją to by się może jakoś udało, tyle, że te pierwsze kilka miesięcy trzeba jakoś wytrwać, a jak rosja zajmie pół Polski, to nikt palcem w bucie nie kiwnie, by nam pomóc. Dlatego jako kraj nie stać nas na posiadanie małej, wyłącznie zawodowej armi, musimy się zdecydować na jakiś spradzony model , jak Finowie czy Szwjcarzy, nawet mimo oporu polityków. No i niestety, armię trzeba pozbawić sterowania politycznego. Bo obecnie generałowie to w głównej mierze BMW - bierny, mierny ale wierny. Wierny politykom, nigdy im się nie postawi,