Zdjęcie słabej jakości (ale bywały tu gorsze), bo jak brat zadzwonił, żebym go wyciągnął, to nie spodziewałem się, że będzie tak widowiskowo i nie wziąłem aparatu (zdjęcie robione starym smartfonem). Ciemność nie ułatwiała pracy. Ciągnik z mulczerem leżał w rowie na prawym boku pod kątem około 45 stopni. Rów takiej głębokości, że gdyby stanąć na dnie, to człowieka nie widać. Na szczęście się nie przewrócił. Z pomocą pojechało Manitou MT930, na szczęście wystarczyło mu udźwigu (3 tony). Co gorsza silnik ciągnika przy przechyle złapał powietrze i nie dał się odpalić (nie można było poluzować przewodu na wtryskiwaczu, bo są one od prawej strony - bez podniesienia ciągnika nie było dojścia, a po podniesieniu było za duże ryzyko), więc wyciągałem bezwładne 7 ton żelastwa. Wyciąganie polegało w pierwszym etapie na podniesieniu prawego tylnego koła ciągnika (stojąc ładowarką po drugiej stronie rowu) za pierścień od bliźniaków i pociągnięciu go na tyle, żeby stanęło na przeciwskarpie zmniejszając przechył. Potem przejechałem na tę stronę rowu, po której był ciągnik i zapiąłem się za przednie prawe koło, podniosłem i przeciągnąłem (jadąc "krabem") jednocześnie do przodu ciągnika i dalej od rowu. Nie można było ciągnąć mocno w stronę łąki, bo z tyłu mulczer zapierał się o przeciwskarpę. Trzeci etap wyciągania to ciągnięcie niemal na wprost do przodu, żeby nie uszkodzić zapartego mulczera. Ciągnik stawiał spory opór, więc trzeba było wykorzystać drzewo (rosnące tuż przed ciągnikiem na skraju rowu) i ciągnąć jednocześnie wysuwem i jazdą. Dopiero po wyciągnięciu ciągnika na płaskie udało się go odpowietrzyć i odpalić. Obyło się bez strat w sprzęcie. Wystąpili: Renault 133.14 TX, mulczer Agromec, Manitou MT930 oraz łańcuch zrywkowy 4-tonowy.