Dziś słuchałem jednej bardzo konkretnej feministki, że równouprawnienie to nie dzielenie włosa na czworo i walka z wiatrakami oraz narzucanie wszystkiego siłą, bo same kobiety w większości tego nie chcą. Że w zasadzie osiągnięto już ten stan równouprawnienia a teraz niektórzy próbują na siłę wprowadzać rzeczy, których społeczeństwo nie chce i jest to droga donikąd. Fajna babka. Ona jest przeciwko tym wszytskim żeńskim nazwom, bo są sztuczne i ośmieszające (w większości). Te, które można było naturalnie wykształcić jak na przykłąd lekarz - lekarka, już dawno się przyjęły i są w użyciu, a tworzenie nowych na siłę jest bez sensu.
Mi tam osobiście "premierka" to się kojarzy z takim ośmieszaniem cżłowieka, coś jak krasnoludek.