Rano rozmawiałem z wujkiem, pytał czy sieje już azot, że on narazie mocznik pod coś sypał, a że na saletrę nie wie czy nie za wcześnie u nas jakby mrozy miały jeszcze przyjsc. No i mnie namówił na sianie i pojechałem z kieseritem. Dobrze wyszło. Był mały mróz w nocy, w sumie jak wyjeżdżałem na pole, to 0 już było, ale 8ha posiałem. Śniegu jednak na polu mało co. Na koniec zostało mi jeszcze w rozsiewaczu i drugi raz po ostatnich przejazdach jechałem (bo zmniejszyłem dawkę niepotrzebnie na koniec, bałem się że zbraknie, a zostało) to już błoto pod kołami się robiło.
Miałem z rana jutro ruszać z saletra, bo w nocy ma być do -6, a tu patrzę coś mi się zasuwy przymykaja w rozsiewaczu. Trochę mi rozdzielacz przepuszcza i myślałem, że to on, a tu wężyk pęknięty. Zdejmuj siedzenie, podłogę. Do tego patrzę wałek przekaźnika się skrzywił - po założeniu dłuższych cięgieł okazało się, że i wałek i lacznik na styk są, tzn łącznik bez tragedii, ale okazało się, że nie mam takiego pośredniego walka. Wszystko krótkie jak do 60tki Także rano zamiast ruszać z saletra, to muszę najpierw zalozyc nowy przewod ( jeśli taki dziś dostanę), no i rozsiać gdzieś po trawie koło domu te resztę nawozu, co mi została w rozsiewaczu. Także zobaczymy czy uda się cała saletrę na raz jutro załatwić.
A pszenżyto wygląda tak. Są lepsze kawałki, gdzie całe rośliny zielone, a sa i gorsze niestety. Jak zejdzie śnieg całkiem, to pójdę obejrzeć jak to całościowo wygląda.