Polakom wydaje się, że polityka polega li tylko na głośnym deklarowaniu, czego się chce, i równie głośnym protestowaniu przeciwko temu, czego się nie chce. Otóż polityka nie na tym polega – przestrzegał przed laty Roman Dmowski. I w innym miejscu dodawał, że w polityce nie istnieją pojęcia słuszności i braku słuszności, ale wyłącznie siły i braku siły.Dlatego pozwalam sobie te odwieczne zasady, o których mówił Dmowski, formułować dziś nieco inaczej: polityka jest nieustającym znajdowaniem odpowiedzi na dwa pytania - "co nam możesz zrobić" i "co nam możesz dać?"
Może podam przykład. Angela Merkel wybrała się czas jakiś temu do Turcji. Sytuację miała skomplikowaną. Z jednej strony, turecki lider, Erdogan, dokonał zamachu stanu, wielu ludzi powsadzał do więzień, w tym sędziów i dziennikarzy, rozgonił różne konstytucyjne gremia. Na dodatek bardzo ostro szura do Niemiec, domagając się nie tylko autoryzowania swych dyktatorskich wyczynów, ale też obdarowania Turków europejskimi wizami oraz odesłania mu ciupasem przebywających w Niemczech obywateli, których podejrzewa o związki ze swym wrogiem, Gulenem.Żądania bezczelne i dla Niemiec absolutnie nie do przyjęcia. Ale, niestety, Erdogan trzyma rękę na kurku z tzw. uchodźcami. Pokręci tym kurkiem w jedną stronę, zatrzyma ich w obozach u siebie. Pokręci w drugą - puści kolejną falę na Europę, i kanclerz Niemiec nie będzie mogła nawet pisnąć, bo otwarcie głosi politykę "herzlich willkommen", choć po cichu stara się jak może szlak uchodźczy zablokować
I potężna kanclerz Niemiec, mimo wszystkich swych atutów, musi, jak mawiali przodkowie, wziąć dudy w miech, powstrzymać się od jakiejkolwiek negatywnej uwagi na temat Erdogana i jego antydemokratycznych działań, dyplomatycznie potraktować jego żądania jako co prawda niemożliwe do spełnienia, ale przyjmowane przez nią do wiadomości, obiecać Turkom wizy (ale pod sprytnie pomyślanymi warunkami, by potem dało się z tej obietnicy wykpić) i dać Erdoganowi kupę kasy, niby to na utrzymanie "uchodźców" w obozach, i dopilnowanie, by się z nich nie rozleźli. Erodgan wszystkiego co chciał nie dostał, ale dostał dużo, Niemcy zostały trochę upokorzone, ale to przełknęły, bo co najważniejsze załatwiły.Gdyby natomiast, hipotetycznie, wysłać tam Polaka... A, to zależy. Zależy czy z PiS, czy z PO. Gdyby wysłać tam Polaka z PO, z punktu dałby Erdoganowi wszystko, czego tamten żąda, i oznajmił w kraju - nic się nie da zrobić, to bandyta, w dodatku może nas zalać uchodźcami, trzeba się przed nim płaszczyć, na tym właśnie polega realizm.
Gdyby natomiast pojechał tam Polak z PiS, to z punktu uświadomił, że posługiwanie się szantażem imigracyjnym stawia go w rzędzie nikczemnych politycznych kreatur drugiego sortu, rozdarł szaty i wrócił niezmiernie dumny, że Polska znowu pokazała całemu światu, jak patologiczna i niesprawiedliwa jest cała współczesna polityka.
Niestety, łódka zwana Polską nie może normalnie płynąć po świecie, ponieważ jest szarpana przez takich właśnie dwóch, wywracających ją to na jedną, to na drugą burtę. Przez osiem ostatnich lat (a i wcześniej) kierowali nią ludzie, którzy za szczyt marzeń uznawali zostać poklepanymi po plecach i dostać jakąś symboliczną, ale tłustą fuchę "tam". Efektem tej doktryny "brzydkiej panny bez posagu" była na przykład zagłada polskich stoczni. Trzeba przypominać do znudzenia: decyzja KE likwidowała stocznie w Polsce, Niemczech, Francji i bodajże Holandii. Trzy pozostałe państwa odwołały się od tej decyzji, zgodnie z przewidzianą procedurą, do europejskich sądów i uzyskały jej cofnięcie - ich stocznie nadal pracują i dają pracę. Ekipie Tuska myśl, że można się przeciwstawić decyzji Komisji Europejskiej nawet nie przyszła do głowy, zamiast na pisaniu odwołań skupiła się na mamieniu Polaków kłamstwami o rzekomym inwestorze z Kataru