U mnie wyglądało to tak że jeden prasował, w drugim ciągniku był "autopilot" czyli ktoś kto trzymał kierownicę prosto, w ciapku wbita polowa dwójka i minimalny gaz. Na przyczepie pracował jeden układający, dwóch ludzi po dwóch stronach podawało kostki.
Po całym dniu wożenia słomy/siana zwykle jeszcze szedłem do kolegów na piwo. Wiec koniec świata to to nie był.
Może przeliczyła i stwierdziła że nie ma na tym pieniędzy.