Być może, ale akurat do sił powietrznych, a zwłaszcza do pilotów, mi to trochę nie pasuje. Nie sądzę, żeby brali pierwszą leoszą fajtlapę i sadzali do myśliwca. Nawet jeśli jest to ktoś, kto ma plecy jak żagiel i potężny podmuch wiatru w ten żagiel, to żeby zostać pilotem musi sobą coś reprezentować i zwyczajnie się do tego nadawać. Jakieś tam stanowiska mniejszej wagi typu pluton zaopatrzenia, gospodarczy, czy kompania logistyczna to pewnie tak się zdarza, ale nie sądzę, żeby wujek pułkownik wsadził siostrzeńca oferme na stanowisko, gdzie potrzeba wiedzy, umiejętności i postawy. Mawia się, że w każdym zespole może być 20% nierobów i niedorozwojów ale pozostałe 80% musi być fachowców z predyspozycjami, żeby za te 20% nadrobili. Tak, że nie sądzę, żeby ta skala była aż taka. Ale zaznaczam, że żadnej wiedzy w tej kwestii nie mam. To tylko moje odczucie z własnego doświadczenia
Wujek umieszcza w szkole a szkoła już wujka nie słucha. Nie każdy kandydat szkołę też kończy. Za czasów orlików wystarczyło że coś w nich zawiodło. Szybki samolot wymaga predyspozycji fizycznych. Nie musi być odrzutowy. Szkoła szkoli pilotów różnych maszyn. O ile dobrze fakty kojarzę zdarzają się tam też takie sytuacje, że kandydata na traktor namówili na skrzydła bo im się fizycznie podobał. Zresztą - można dobrze furę prowadzić a polec na komunikacji.