Trochę to zabawne - "co zrobię gdy zostanę prezydentem", jeszcze zabawniej będzie, jeśli Komorowski obieca zmiany w prawie podatkowym i obniżenie, czy wręcz likwidację dochodowego. Weźcie pod uwagę, że ktokolwiek zostanie prezydentem i wystąpi z projektem jakiejkolwiek ustawy, to przecież wcale nie znaczy, że ta ustawa kiedykolwiek wejdzie pod głosowanie, nie mówiąc w życie. Jeśli projekt prezydencki (zakładając, że prezydentem zostanie kandydat z innej partii niż PO, PiS, SLD, czy PSL), będzie zawierał cokolwiek, co będzie ograniczało partię rządzącą, będzie to vetowała PO (bo nie w ich interesie teraz) i będą vetowały pozostałe duże partie, mające nadzieję na objęcie władzy w przyszłości (krzycząc przy okazji, jakie to PO jest podłe, że tak dobry projekt nie przeszedł). W międzyczasie (dalej zakładając "niezależnego" prezydenta) będą mu wytykać, że prawie nic nie robi, a to co robi, robi źle. Bo przecież wybory prezydenckie, to wstęp do parlamentarnych. I nie chodzi tylko o to, by zaistnieć, lecz o wygłoszenie jak najwięcej populistycznych haseł (nieistotne, jak nierealnych), by móc później wytykać, co z tych wspaniałych pomysłów zrobiono.
Dlatego zachwycił mnie ruch Korwina-Mikkego (jego wersja odmiany nazwiska), deklaracji ustąpienia z kandydowania, jeśli w wyborach na Wyspach małe partie uzyskają ponad 20 miejsc w parlamencie. Cokolwiek się wydarzy, on zyskuje, wsadzając przy okazji Kukiza na minę. Nie znaczy to jednak, że tym ruchem zyskał moje zaufanie.