U mnie w 40 tysiecznym mieście (mieszkam parę kilometrów od niego, ale jest mi bliskie sercu:) na rynku na 20, 30 stoisk z warzywami, 2 (słownie:2) sprzedający ma swoje warzywa. Jedna niedawno zachorowała i, zgadnijcie, nie miał kto jej zastąpić. Także zostało 1. Reszta handelek i giełda.
Nieraz kiedy wiozę ziemniaki, to często pytanie, a czemu pan kapusty jabłek, marchewki, buraczków, jabłek (wstaw dowolne) też nie ma? Kiedy tłumaczę, że nie można uprawiać wszystkiego i jeszcze mieć czas sprzedawać to często jest odpowiedź taka: O to Pan chyba handluje, bo ja biorę z rynku, pan Franek, pani Lusia to ma przecież wszystko!
Kolejny problem to taki, że ludzie są nauczeni sklepowych smaków, konsystencji, szybkości przygotowania i im już 'swojskie' jedzenie niekoniecznie smakuje, a jakby mieli za to płacić jeszcze więcej to już wielkie larum. No chyba, że małym dzieciom, to tak, to by chcieli. Ale tak do dwóch lat, starsze mogą jeść już byle co jak dorośli.
Tak to wygląda z mojej perspektywy.