Skocz do zawartości




Zdjęcie

Pierwsze starcie z Japońską kulturą.

Napisany przez agrofoto, 01 lipiec 2013 · 14211 wyświetleń

Japonia – Kraj Kwitnącej Wiśni. Każdy chyba marzy o tym, żeby go zobaczyć. W moim przypadku marzenia się spełniły, a wszystko za sprawą Kuboty. Propozycji wyjazdu do Japonii celem przygotowania reportażu dotyczącego rolnictwa w Japonii oraz samej marki Kubota nie musiałem wcale długo rozważać. Tak naprawdę nie musiałem jej rozważać wcale. Decyzja była jedyna i natychmiastowa.

Załączony obraz


02.06.2013
Jedenaście godzin w samolocie, żeby dostać się z Frankfurtu do Osaki. A wcześniej jeszcze dwie godziny na przylot z Warszawy i wcześniejsza siedmiogodzinna podróż pociągiem z Wrocławia do Warszawy. Każdy czułby się wykończony i chciałby zażyć nieco snu po przylocie. Ale przecież nie przylecieliśmy do Japonii po to, aby spać.
Około godziny 9 dotarliśmy na lotnisko. Jeszcze krótka odprawa paszportowa, bagaże, podbijanie wizy i możemy rozpocząć wizytę w tym jakże egzotycznym dla nas, Europejczyków kraju. Japończycy, jak to mają w zwyczaju, byli doskonale na nasz wyjazd przygotowani. Nie mogło być wszak inaczej. Wizyta europejskich dziennikarzy była dla nich szansą zaistnienia w szerszym kręgu opinii publicznej. Po prostu nie mogli sobie pozwolić na zmarnowanie tej szansy. I tak – po wyjściu ze strefy buforowej lotniska już czekał na nas jeden z tutejszych opiekunów naszej wycieczki. Do hotelu jechaliśmy autobusem razem z zespołem (pięciu) dziennikarzy z Niemiec, którzy przylecieli tym samym samolotem. W hotelu zameldowaliśmy się około godziny 10.30. Do 13 mieliśmy czas wolny, w którym należało się zainstalować w hotelu oraz, w miarę chęci i możliwości, nabrać sił na dalszą część dnia.

Załączony obraz



Obiad – pierwszy kontakt z japońską kuchnią. Był, no cóż, dość trudny. A wszystko za sprawą braku doświadczenia w jedzeniu pałeczkami. Prośba do kelnera o dostarczenie „klasycznych” sztućców zakończyła się otrzymaniem klasycznej wersji pałeczek do ryżu, czymkolwiek się one różniły od tych otrzymanych pierwotnie. Na szczęście kelner, po kolejnej prośbie, umożliwił zjedzenie obiadu, dostarczając widelec. Pierwszy posiłek w Japonii to ryż z wołowiną – potrawa chyba tutaj typowa, ale co dla nas najważniejsze – zapełniająca skutecznie żołądki wyposzczone po długotrwałej podróży.

Załączony obraz


Ponieważ zespoły dziennikarzy z różnych krajów docierały o różnych godzinach do Osaki, spotkaliśmy się w komplecie dopiero po obiedzie, w autobusie, którym mieliśmy się udać do zamku w Osace – jednego z najbardziej popularnych miejsc turystycznych w mieście. Upalne i wilgotne powietrze w połączeniu z tzw. jet lagiem oraz ogólnym niewyspaniem utrudniały ekscytowanie się tutejszymi zabytkami. Pokornie jednak pozwoliliśmy się oprowadzić po całym zamku. Każde spośród pięciu pięter zawierało w sobie muzeum przedstawiające wybrane epizody z życia miasta oraz całego kraju. Na ostatnim piętrze zamku znajdowały się zaś tarasy z widokiem na całe miasto, w którym żyje 2,5 miliona mieszkańców. Ot – taka niespełna dwa razy większa Warszawa.

Załączony obraz


Oprócz zamku pani przewodnik pokazała nam również park, czy też ogród poświęcony bogom słońca i płodności. Miejsce niezwykłe, ponieważ jego historia sięga II wieku naszej ery, a kamienne posągi zachowały się w znakomitym stanie. Zapewne jest to zasługa ich corocznej konserwacji, ale dzięki temu zwiedzający obcują z historią w wydaniu odświeżonym. Wizyta w tymże ogrodzie pozwoliła nam również na poznanie historii wierzeń Japończyków, podstawowych sposób uprawy ryżu, nawadniania pól oraz innych tematów powiązanych z dawną historią Japonii.

Załączony obraz


Na szczęście, Pani przewodnik okazała się kobietą o gołębim sercu i widząc w autobusie ogólne zmęczenie uczestników (nie tyle wycieczką do zamku i ogrodu, a raczej transkontynentalną podróżą), zaproponowała powrót do hotelu. Nie był to jednak koniec atrakcji tego dnia. Zostaliśmy bowiem na kolację zaproszeni do restauracji Ganko. Oczywiście na stołach nie mogło zabraknąć tradycyjnego japońskiego pożywienia – sushi oraz sashimi z równie tradycyjnymi dodatkami: wasabi oraz sosem sojowym. A to wszystko w połączeniu z degustacją japońskiego piwa oraz sake. Żyć nie umierać. I tylko jeden problem – tym razem nie dało się uniknąć jedzenia pałeczkami. No cóż, człowiek nie zawsze musi wychodzić z restauracji najedzony...

Ciąg dalszy z relacji już w przyszłym tygodniu. Więcej zdjęć znajdziesz w galerii http://www.agrofoto....bota-w-japonii/