Skocz do zawartości




Zdjęcie

O skutkach rosyjskiego embargo – rozmowa z profesorem Eberhardem Makoszem

Napisany przez agrofoto, 15 grudzień 2015 · 557 wyświetleń

sad grupa producencka jabłoń embargo
O skutkach rosyjskiego embargo – rozmowa z profesorem Eberhardem Makoszem Rosyjskie embargo dotknęło cały sektor branży ogrodniczej, jednak najbardziej dotknęło ono polskich sadowników, gdyż wprowadzone przez naszych wschodnich sąsiadów zakazy zmieniły sytuację na krajowym rynku jabłek. Polski rząd, a przede wszystkim przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy prowadzili działania zmierzające do znalezienia nowych rynków zbytu dla polskich jabłek. W przedsięwzięcie to aktywnie włączył się także Związek Sadowników RP, Unia Owocowa oraz przedstawiciele największych grup producenckich z całego kraju. Efektem tych działań jest znaczący wzrost eksportu jabłek na nowe rynki. Embargo było okazją do promocji krajowych owoców i warzyw na lokalnym rynku. Różne organizacje realizowały kampanie edukacyjne mające na celu skłonienie rodaków do zakupu polskich produktów objętych zakazem eksportu. Znacznie zwiększyło się ich spożycie. Niektórzy twierdzą, że polskie jabłka nigdy jeszcze nie były promowane na taką skalę, jak po wprowadzeniu embarga i to praktycznie na całym świecie. Ogromną rolę odegrał też internet i ludzie, inicjujący rozmaite akcje, w które włączali się zwykli konsumenci i różne firmy. Nadal trwają działania mające na celu uniezależnienie eksportu polskich jabłek od rosyjskiego zakazu. To wszystko jest bardzo ważne, ale równie ważną rzeczą jest to, że w produkcji jabłek nastąpił poważny zwrot. Do niedawna kluczowym zadaniem sadowników był wzrost produkcji owoców. Ten etap się zakończył. Aktualnie głównym priorytetem jest poprawa ich jakości, gdyż nowe rynki zbytu to także i nowe wymagania jakościowe. Czy polscy sadownicy są w stanie sprostać tym oczekiwaniom?

Anna Rogowska.: W ubiegłym roku Rosja nałożyła embargo na polskie warzywa i owoce. Wysoka zależność od rosyjskiego rynku zmusiła polskie władze do szybkiego szukania nowych rynków zbytu. Jak ocenia Pan te działania? Co przez blisko półtora roku udało się zrobić?

Prof. Eberhard Makosz.: Oczywiście, można nawet powiedzieć, że władze bardzo dużo zrobiły w zakresie poszukiwania nowych rynków zbytu. Wkład pracy Ministerstwa Rolnictwa, a przede wszystkim ministra Sawickiego i prezesa Maliszewskiego w rozwiązanie tej trudnej sytuacji jest nieoceniony. Oni tak naprawdę otwarli polskie jabłko na świat. Zdobyto rynki, o których przed wprowadzeniem embargo w ogóle się nie mówiło, na które dostarczaliśmy śladowe ilości owoców. Na przykład poza Europę eksportowano 2 tys. ton, w zeszłym sezonie już po wprowadzeniu zakazu eksportu na wschód, 20 tys. ton jabłek. W ciągu roku udało się zwiększyć eksport poza UE dziesięciokrotnie. Naprawdę dużo w tej sprawie zrobiono. Dalej trwają spotkania z przedstawicielami rządów różnych państw, prowadzone są negocjacje, zawierane nowe umowy. Wzrósł także eksport polskich jabłek do krajów UE.

Załączony obraz

A.R.: Czy według Pana, embargo było szansą dla rozwoju tych nowych dróg zbytu i nowych możliwości?

E.M.: To była podstawowa szansa! Właśnie embargo zmusiło do szukania nowych rynków i te rynki znaleziono. Dzięki temu zakazowi sadownicy zaczęli zupełnie inaczej myśleć – zaczęli dbać o jakość oferowanych owoców. Przecież przez embargo zwiększyło się, między innymi, także spożycie jabłek w Polsce, bo wzrosło zainteresowanie naszymi owocami. Tak taniej, skutecznej i szerokiej promocji jabłek jeszcze w Polsce nie było, jak po ogłoszeniu embarga. Embargo nie przyniosło nam wielu szkód. Ono nawet spowodowało i powoduje nadal dopasowanie się do nowych oczekiwań, do nowych rynków. Byliśmy przyzwyczajeni do wymagań wschodniej Europy. Są one zupełnie inne. Sytuacja zmusiła sadowników do poprawy jakości owoców. Do tej pory był to zaniedbywany aspekt produkcji – poprawa była niepotrzebna, gdyż większość produktów znajdowała zbyt, niezależnie od ich jakości. To się skończyło i nie wszyscy sobie z tym radzą, powiedzmy sobie szczerze nie wszyscy się z tym zgadzają, ale ci sadownicy, którzy myślą o biznesie perspektywicznie, dla których produkcja jabłek jest podstawowym źródłem dochodu, szybko się przestawili i osiągają spektakularne sukcesy.

A.R.: Nowe rynki zbytu to także i nowe wymagania. Czy na chwilę obecną dysponujemy niezbędną ilością jabłek odpowiadających potrzebom nowych rynków?

E.M.: Niestety nie.

A.R.: Dlaczego?

E.M.: Bo tam obowiązują zupełnie inne standardy. Znacznie wyższe. Na przykład w krajach arabskich obowiązują najwyższe na świecie oczekiwania względem jakości owoców. Nasi nowi
konsumenci oczekują czerwonych, słodkich jabłek. Odbiorcy, nie tylko z Bliskiego Wschodu, ale z całego świata, łącznie ze wschodem Europy, najbardziej akceptują odmianę Gala. Tę odmianę można sprzedać wszędzie w dobrej cenie. Polska produkcja nastawiona była na odmianę Idared. Gala to tylko 10 % naszej produkcji. To mało. W tej chwili w Polsce nie można kupić drzewek tej oczekiwanej przez rynek odmiany, trzeba je sprowadzać zza granicy. I dobrze, że tak jest. To jest konieczność, żeby na tych rynkach znaleźć zbyt na nasze jabłka. Musimy sprostać tym oczekiwaniom.

A.R.: Czy zatem nasze sadownictwo czeka teraz nowa rewolucja – rewolucja jakościowa?

E.M.: Z całą pewnością. Ona zresztą już trwa, trwa od ubiegłego roku. Jesteśmy jej świadkami. Bez jakości nie ma szans na opłacalną produkcję jabłek. To jest podstawa opłacalności. Wysokie plony i wysoka jakość.

A.R.: W jaki zatem sposób sadownicy poprawiają jakość owoców?

E.M.: Wykonują podstawowe zabiegi, jak zwalczanie chorób, szkodników, jak nawożenie, ale jest jeden czynnik, niezwykle ważny – dolistne dokarmianie. Właśnie przez dolistne nawożenie bardzo poprawia się jakość plonu.

A.R.: W jaki sposób?

E.M.: Dolistne nawożenie przede wszystkim powoduje wzrost liści zielonego koloru. Nie ma szans na wysoką jakość jabłek bez dużych, zielonych liści. A duże, zielone liście osiąga się tylko przez właściwe dolistne nawożenie. A środków w tej chwili jest już sporo, coraz więcej i sadownicy już dobrze o tym wiedzą. Chętnie z nich korzystają. Najbardziej skuteczne są produkty, które zawierają w swoim składzie kompleksy algowe z aminokwasami, no i oczywiście składnikami pokarmowymi – mikro i makroelementami. Działają one bardzo efektywnie. Bez dolistnego dokarmiania, powtarzam, bez dużych, zielonych liści, nie ma szans na jabłka o średnicy około 8 cm. Zabiegi nawożenia dolistnego są niezbędne. Ważne jest też odpowiednie cięcie. Są firmy, które razem z produktami oferują także fachowe doradztwo.

A.R.: Ta wysoka jakość łączy się ze zwiększonymi nakładami na produkcję. Czy według Pana ma ona szansę być rentowna?

E.M.: To jest kwestia bezdyskusyjna. Poprawa jakości, mimo wyższych kosztów, gwarantuje opłacalną produkcję i na ten temat w ogóle nie ma co rozmawiać. Rośnie nie tylko jakość, ale także plon, w tym przede wszystkim plon handlowy.

A.R.: Czyli, według Pana, przed sadownikami kolejne wyzwanie. Otworzyły się nowe rynki zbytu, trwa praca całego segmentu nad poprawą jakości. Wszyscy ci, którzy chcą zarabiać i chcą utrzymać się w tym biznesie, nie zastanawiają się czy zwiększać nakłady, czy poprawiać jakość – po prostu to wykonują. Ale czy uda nam się utrzymać w dłuższej perspektywie współpracę z tymi kontrahentami z nowych rynków?

E.M.: Jest jeden bardzo ważny czynnik, który nam gwarantuje, iż na tych rynkach się utrzymamy. Nawet gdybyśmy podnieśli jeszcze koszty, to i tak będą niższe niż w pozostałych krajach, z którymi konkurujemy. Absolutnie! Oczywiście nie wiem czy kurs złotego się utrzyma, jak szybko wzrastać będą koszty pracy w naszym kraju, jednak jeśli nawet trochę się podniosą, to i tak mówię naszym sadownikom: Spokojna głowa! Szybko wykorzystujcie czas, dopóki go macie! Póki co jesteśmy absolutnie bez konkurencyjni. Wszyscy pozostali, zwłaszcza Włosi, nasz największy konkurent z zazdrością patrzą na nas. Produkują jednak jabłka wyższej jakości. Dzięki temu eksportują na te nowe rynki zbytu 180 tys. ton, my tylko 20. Prawdopodobnie za 2-3 lata eksport zwiększy się do 50 tys. ton, a nawet może osiągnie wartość 100 tys. ton. Ale do wysłania mamy milion ton jabłek. A produkcja stale rośnie. 500 tys. ton musimy eksportować na wschód, aby móc uzyskiwać ceny za deserowe jabłka. W innym wypadku sprzedamy owoce jako przemysłowe. Tu jest to ryzyko. Poza tym ważnym rynkiem są kraje Unii Europejskiej. Tutaj przede wszystkim trzeba szukać zbytu. Na razie w UE sprzedajemy 280- 300 tys. ton. A można sprzedać więcej. Musimy zrobić tylko dwa drobne kroki – poprawić jakość i zmienić odmianę. Będziemy wtedy bezkonkurencyjni również na rynku Unii Europejskiej, damy sobie z Włochami radę. Bo już nie mówiąc o krajach zachodniej Europy czy krajach zamorskich, to oni z nami nie wygrają, bo ich koszty transportu są wysokie i wyższe koszty produkcji. Ja na sytuację polskiego sadownictwa patrzę optymistycznie. Oczywiście pod warunkiem, że sadownicy szybko będą poprawiali jakość i zmieniali odmiany. Więcej odmian jednokolorowych, zwłaszcza koloru czerwonego! A my mamy póki co tych wszystkich odmian jednokolorowych tylko około 15-20% w całej produkcji. A Włosi aż 80%. No więc, widzi Pani, gdzie my jeszcze jesteśmy, ile jeszcze jest do zrobienia. Ale nasi sadownicy, wie Pani, czym się cechują? To są ludzie, którzy potrafią szybko patrzeć i zrobić, więc świetlana przyszłość przed nimi.
Musimy tylko chcieć, a wydaje mi się, że chcemy, dlatego powinno nam się udać.

A.R.: Dziękuję za rozmowę.

Anna Rogowska